sobota, 9 listopada 2013

Kraj wynalazców papieru...

Chińczycy wpadli na pomysł Czterech Wielkich Wynalazków: papieru, druku, kompasu i prochu strzelniczego już wiele tysięcy lat temu. O dwóch pierwszych w odsłonie praktycznej dziś opowiem szerzej.

Według kronik, minister rolnictwa Cai Lun,  urzędnik na dworze cesarza He Di wynalazł opracował przemysłową, a więc masową metodę produkcji arkuszy papierowych z użyciem szmat jedwabnych i lnianych. Zachwycony nowinką, tańszą niż jedwabne zwoje i lżejszą niż bambusowe tabliczki - cesarz He Di nagrodził eunucha- kancelistę złotem i szlachectwem - co niestety nie wyszło temu ostatniemu na zdrowie. Zamroczony nagłym splendorem wplątał się w intrygi i rozpoczął życie ponad stan, co zakończyło się wyrokiem sądu. Po śmierci wdzięcznego cesarza He Di - Cai Lun, wezwany przez nowego cesarza do odbycia kary, popełnił samobójstwo wypijając truciznę.
Druk powstał niemal równolegle z papierem Cai Luna. Chińską metodę określa się fachowo jako estampaż, czyli przybijanie kamiennych pieczątek. Ze zrozumiałych względów, u Chińczyków wyglądało to nieco bardziej skomplikowanie niż u Gutenberga... Układano poszczególne znaki-pieczątki, lub tworzono wyrytą w kamieniu lub drzewie matrycę, i ją odbijano.


W tajne tajniki supertajnej tajemnicy wprowadzono mnie podczas wycieczki dla tępych zagraniczniaków - i sama zrobiłam swój arkusik papieru czerpanego w wybranym kolorze, okraszonym dla ozdoby płateczkami kwiatuszków, a potem jeszcze na ów arkusik naniosłam za pomocą worka z tuszem nadruk. O tym niebawem, w którymś z kolejnych wpisów

Tajwańczycy - potomkowie Chińczyków o czterech wielkich wynalazkach uczą się już w przedszkolu. A papier i jego przetwory... No cóż. Może pokażę wam taki standardowy tajwański sklep papierniczy... 
Biznes "stationery" jest bardzo perspektywiczną i prężną działalnością. Wpływa na to pęd do nauki (przymus raczej), zastosowanie technik głównie pamięciowych, oraz - zamiłowanie do cute kawaii, ke ai. No i niebagatelna mania kupowania...
Pierwszy raz zobaczyłam tajwanski papierniak - i zdębiałam, mózg stanął mi w w poprzek a oczy nie wiedziały gdzie się zogniskować, ujrzałam bowiem Halę Marzeń. Wszystko było takie - śliczne, ładne, praktyczne, kolorowe, odjechane, potrzebne mi natychmiast... I tylko portfel z bardzo ograniczoną zawartością pozwolił mi nie wydać tam minimum średniej krajowej brutto, i nie wyjść w charakterze wielbłąda, objuczonego dobrością wszelaką...
No dobra. 
W Polsce mój studencki zestaw piórnikowy wyglądał mniej więcej tak:

ołówek, gumka, długopis, ewentualnie jakiś zakreślacz i coś kolorowego, plus w porywie szaleństwa zakładko- separatory. Bida z nędzą i nuuuuuudaaaa.
Natomiast na Tajwanie... No dobra, udaje mi się już trzymac nerwy i ręce na wodzy, pozostawać obojętna na zew żelopisów w tęczowych barwach, ignorować długopisy i gadżety okołodługopisowe wręcz proszące się o zabranie do domu, oczy odwracam od bogactwa innych pomocy naukowej i do tego sklepu koniecznie zabieram kartkę z planem zakupów oraz plus minus odliczoną kasę (i tak wychodze zazwyczaj z czymś ekstra, ale nie bakrutuję)... No bo jak tu oprzeć się chęci posiadania takich cudów do pisania (przykladowo, bo wybór jest szeroooki):

Przecież to jak cukierki! Jeżeli preferujesz żelopis, nie ma problemu, można do żelopisa zakupić nakładki - i takie do wygodnego trzymania, i takie, które nadadzą piórnikowi indywidualny rys.
A kubki na długopisy i inne biurowe drobiazgi? Jakie kubki, trzymac w kubku lub puszce jakikolwiek artykuł piśmienniczy to grzech, gdy można mić na stoliku takie coś:


Tak, to są gumki do mazania, pomocnik biurowy, taśma miernicza i stojak na pisaki...
Ale najwięcej piszczenia i zastygania odstawiłam koło dłuuugiej półki z karteczkami, po polsku "markerami", "separatorami", "znacznikami", "sklerotyczkami" kojarzącymi się głównie z czymś żółtym, przylepionym na dokumentach, z prośbą o poprawkę... Tajwańskie "sticky notes" to zupelnie inna liga. Zresztą - popatrzcie sami:








 


No i jak tu nie zapałać wielkim uczuciem chęci natychmiastowego posiadania? Zaraz wszystko jest "super-potrzebne" i "megaprzydatne", "mogące na 100% pomóc w nauce", "konieczne do ułatwienia pewnych czynności" albo - po prostu będzie tak fajnie wyglądało na moim stoliku. Ale że jedno to tak skromnie i ubożuchnie, to aż ręka świerzbi o dołożenie do koszyka sąsiedztwa, bo razem to dopiero jest efekt...
Młodociany prawie pokładał się ze smiechu, widząc me rozterki i dylematy, piski i ADHD międzypółkowe. W końcu nie wytrzymał i spytał:
- Czy wy w Polsce nie macie sklepów papierniczych?
- Mamy. Ale nie takie fajne. I mniejszy wybór fajnych rzeczy, i w ogóle, rzadko są tak wystawione luzem bez bodyguarda i systemów alarmowych, bo by szybko nóg dostały...
- Ale przecież to nie jest coś drogiego! Po co kraść?

Ceny? Jednostkowo od 2zł do ok 10zł, podobnie jak w Polsce -może ciut niższe. Ale... Wiadomo, jak sklep tani, to wyda się na tanie gadżety małą fortunkę, co też uczyniłam ostatnio - i teraz zamiast spożywać jakiegoś rarytasa, to smętnie gapię się na gumki do mazania w kształcie torcików tudzież pojemnik na pinezki przypominający do złudzenia hamburgera...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...