sobota, 8 marca 2014

This ! is ! Taiwan!... czyli typowy tajwański spacer w obiektywie obcokrajowca

Stada skośnookich, wydzierających się Chińczyków są wszędzie, nawet na Nordkappie. Momentami ów odludny raczej Nordkapp wyglądał zresztą jak Plac Tian AnMen podczas obchodów święta partii, gdzie tylko smog zasłonił litościwie otaczające budynki - bowiem zaiste Chińczyk stał na Chińczyku, Chińczykiem się poganiał i o Chińczyka potykał, w kadrze chińskiego smartfona ujmując małe, (kilkusettysięczne zaledwie) grupki pobratymców...

Do globusa się nie dopchałam, nie machnęłam słitfoci z dzióbkiem (choć zawsze o takiej marzyłam...). Ale z kronikarskiego obowiązku zamieszczam znalezioną w necie focię - szczęśliwie, bez pekińskiego desantu emerycko-nowobogackiego.
Nurtowało mnie pytanie - jak poznać, że wróciłam na Tajwan, a nie jestem tylko pomiędzy Chińczykami skądkolwiek, zażywającymi wywczasu gdziekolwiek?
Odpowiedź jest prosta...
Bo TAKI spacerek, to tylko na Tajwanie...
Oto pewnego słonecznego dnia w parku spotkały się
Żółwie w spacer-mode....
W dekoracyjnej stylizacji z motywem floral i kaligraficznym też
Idealne, gdyby ktoś nieśmiały i w paszczy niegramotny chciał na randkę zaprosić nietypowo i ekologicznie, a ponadto dysponował duuuuużą ilością wolnego czasu. 
Jakaś gadzina, pojęcia nie mam co, ale ważne że mało ruchliwe i trzymały się w tzw kupie.
Większa gadzina...

Tak, tam był także pudel w ogrodniczkach z naszywkami. Przypominam, że na Tajwanie to całkiem normalne...
Pudle w ogrodniczkach nie powinny nikogo dziwić, za rogiem bowiem pewien dziadunio emeryt wyprowadzał swoją gromadkę milusińskich. Zadbanych, szczęśliwych i rozkoszujących się każdym detalem stylizacji.


Tak, proszę państwa. Własnie po tym poznamy na 100%, że jesteśmy na Tajwanie...

Nie powiem, nieco mnie zszokowała ta rasowa gromadka w okularach słonecznych z żółtą kaczuszką. Przyzwyczajona do polskich standardów, gdzie w najbliższym otoczeniu szczyt ekstrawagancji stanowi pies Bronisław i jego dizajnerskie sweterki tudzież labrador koleżanki chodzący zimą w specjalnych bucikach - po prostu nie dowierzałam i szybko kalkulowałam, czy w jedzeniu nie było jakiegoś halucynka. Swoją drogą, właściciel uważał, że zrobił wielką przyjemność i zadbał o swoje zwierzaki, tłumek okoliczny klaskał uszami z zachwytu i rozpływał się w piskach - jakież to nie urocze i słodziaszne. Mam ochotę ten wpis wrzucić na jakieś forum psiarzy - i czekać na rozwój sytuacji...

Aha, autorem zdjęć jest Casper - artysta w firmie Kaohsiung Tattoo :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...