środa, 28 maja 2014

O kosmitach z wioski Majia

John Lee z najlepszej kawiarni w Kaohsiung pochodzi z plemienia Paiwan, zamieszkującego południowo-wschodnie rubieże Tajwanu - głównie okręg (województwo?) Pingdong. Czasem, gdy ma dobry humor, mało (lub dużo) klientów i nie męczy go pasja twórcza - opowiada gościom kawiarenki Paiwan Arabica historie i legendy swojego ludu.

Ostatnio - przy okazji rozmów o spadających gwiazdach, których w Kaohsiung nigdy nie widać, przedstawił mi tajemniczą historię przekazywaną z pokolenia na pokolenie przez starszyznę Paiwanów.

Działo się to dawno, dawno temu, za czasów dynastii Ming, niedługo po tym, jak pierwsze fale kolonizatorów chińskich zmusiły długonosych Holendrów rządzących wyspą do kapitulacji (czyli po roku 1661, - "300, może więcej lat temu" - Aborygeni nie są zbyt mocni w kalendarzu i precyzyjnej historiografii).
Paiwanie z wioski Majia, łowcy i tropiciele, utrzymywali luźne kontakty z sąsiednią wioską, założoną za "granicą", stanowioną przez pobliskie szczyty górskie. Przedstawiciele obu osad odwiedzali się od czasu do czasu, mijali podczas polowań, wspólnie celebrowali święta wyznaczające rytm roku, ale ich ścieżki nie zazębiały się codzienne, czy nawet co tydzień. Żyli obok siebie, w przyjaznym dystansie.

Pewnej nocy niebo niespodziewanie rozbłysło, rozjarzyło się niezwykłą łuną, która wywabiła mężczyzn z krytych łupkiem, kamiennych domostw, a kobietom przysporzyła wiele kłopotu z uspokojeniem nagle wyrwanych ze snu dzieci. Gwiazdy przybladły, zasłonięte ogniem lejącym się z różowo-białego nieboskłonu, na którym objawił się jaśniejszy od reszty obiekt, a jego oślepiająco biały blask nie mógł równać się z niczym, co dotąd widziano. Gorejący meteor z wizgiem przemknął nad wioską Majia i zniknął gdzieś nad górami, blask zszarzał - i tylko w oddali rozległ się huk, a ziemia się zatrzęsła.

O poranku następnego dnia szaman odprawił rytuały, pytał się duchów zwierząt o nocne zdarzenia, lecz nie uzyskał odpowiedzi. Opiekun Paiwanów - Wąż nie przebudził się ze snu, nie zesłał żadnej wizji, zastygł w błogim bezruchu, a słońce grało na jego kolorowych łuskach.
Łowcy jak co dzień wyruszyli na polowanie, kobiety na poletka górskiego ryżu i jadalnych bulw, a spłoszone nocą zwierzęta uspokoiły się i wróciły do swoich legowisk. Minął dzień, i tydzień, i miesiąc, a potem kolejny, gdy w końcu ktoś zauważył, że od dawna nie widziano pobratymców z sąsiedniej wioski. Gdy zbliżało się święto zbiorów ryżu - Masaru, i nadal nikt nie przybył na wspólne, huczne obchody, starszyzna wioski Majia podjęła decyzję o złożeniu wizyty i sprawdzeniu, co się stało.

Grupa wyruszyła przez dżunglę, a zbliżając się do obozowiska sąsiadów odkrywała pewne niepokojące znaki - ścieżki, po których nikt nie chodził od jakiegoś czasu zarosły, poletka wydzierane wielkim wysiłkiem przepotężnemu lasowi zniknęły pod bujną młodą roślinnością poszukującą słońca, nie było słychać śpiewów kobiet czy szczekania psów. Wioska opustoszała, domostwa stały nienaruszone, a pozostawione zapasy i domowe sprzęty wyglądały, jakby mieszkańcy odeszli na chwilę - i już nie wrócili. Nie było żadnych śladów paniki, walki, krwi, nie znaleziono żadnego cienia sugestii, dokąd mogli udać się całą, dość liczną gromadą.
Wąż milczał - a mieszkańcy wioski Majia nigdy nie poznali odpowiedzi, co stało się z sąsiadami. Nie znaleziono ich ubrań, szkieletów, łuków, po prostu - rozpłynęli się we mgle unoszącej się nad tropikalnym lasem. Ludzie unikali wypraw w tamtym kierunku, choć czasem śmiałkowie udawali się na poszukiwanie wyjaśnień - i wracali jak zawsze bez odpowiedzi. Dopiero rozwój cywilizacji, chińska i japońska kolonizacja oraz działania rządu tajwańskiego przełamały tabu kierunku - zbudowano drogi i sieć elektryczną, naniesiono na mapy rzeźbę terenu i zbudowano drogi.

Ale kto wie, co skrywa dżungla? Co być może kiedyś odkryją poszukiwacze skarbów, badacze i archelodzy? Czy znajdą szczątki rozbitego meteorytu, statku kosmicznego? czy wyjaśnią kiedykolwiek los zaginionych bez śladu Aborygenów?

poniedziałek, 26 maja 2014

Pazury tajwańskie, manikiur, pedikiur.. cz II Współczesność

Zostawiłam was z dziwną refleksją o zabójczych złotych szponach, bez słowa o dzisiaj panujących zwyczajach...

Zatem - przejdźmy do tego, co króluje na ulicach Kaohsiung.

W skrócie? Nic specjalnego. Większość moich znajomych ma paznokcie przycięte i opiłowane na okrągło lub w migdałek, wypolerowane lub pociągnięte lakierem bezbarwnym/mało rzucającycm się w oczy.
Studentki, choć na buziach raczej konkretnie zaszpachlowane, rączki mają nijakie. Rzadko widać pomalowane intensywnym kolorem paznokcie Tipsy i żele to - z tego co mówią dziewczyny- raczej przypadłość burdelowo-portowa, gdzie nie chadzam (ale personel czasem się na ulicy wypatrzy, przy czym są to głównie Indonezyjki, Wietnamki i Filipinki, i faktycznie, szpońska mają zwykle zabójcze). W mojej szkole spośród grona pedagogicznego (liczącego jakieś 40 osób) tylko Nauczycielka Zhang miewa pomalowane paznokcie, przy czym... no właśnie - jako że nie ma powszechnego parcia na zadbane na europejską modłę dłonie, to polakierowane na kolorowo paznokcie straszą odpryskami i startymi końcówkami i tak jakby mało kto robi z tego problem, kolor jest? - jest! więc o co chodzi? że starty i nieestetyczny, gdzieś odpryśnięty, albo wręcz został ogryzek koloru w środkowej części płytki, a reszta już saute?? Eeee, tam ojtam ojtam.

Z drugiej strony w banku obsługiwała mnie ostatnio lasencja z paznokciami każdym w innym kolorze, z uroczymi kotkami, kwiatkami i serduszkami na każdym paznokciu innym. Jak się rozejrzałam po reszcie personelu, to każda młodziej wyglądająca pracownica miała coś kolorowo-migotliwie-błyszczącego zdobiącego dłonie... Co w Polsce, w instytucji z założenia poważnej - by raczej nie przeszło. W każdym razie - widać jasno, że poziom ozdobienia paznokci jest losowy, uzależniony od miejsca, czasu i cyklu rozrodczego ślimaka winniczka, a nade wszystko zupełnie nie pokrywa się z polskimi trendami opisywanymi na blogach kosmetyczno- modowo-lakierowych.

Lakiery można kupić niemal wszędzie - w tym na przykład w pobliskiej księgarni księgarni :D (gdzie wygospodarowano kącik artykułów kosmetyczno-pielęgnacyjnych), od bardzo tanich po bardzo drogie, aczkolwiek dostępna ilość kolorów nie powala. Może nie jest tak, że pięć na krzyż, ale stoiska na miarę galeriowego Inglota nie widziałam, raczej skromnie i nieduże gablotki.
Królują kolory cieliste i pastelowe (wszelkie beżątka, różyki, lawendunie i perełki), ale inne - granat, zieleń, czerwień, pomarańcz też się dostanie. Co do jakości... Ciężko mi się wypowiedzieć, bo nie użytkowałam żadnego z tańszych (do 25zł w przeliczeniu). Odpadły na poziomie obejrzenia buteleczki. Nie wiem, czy to tutejszy klimat, czy jakiś ogólny trend, ale lakiery są rozwarstwione już w sklepie. Nie chciałam wnikać, czy ma to wpływ na użytkowanie, ale mnie zniechęciło. Te nierozwarstwione, transparentne, tylko "podbarwiające" płytkę z jakimiś drobinkami, "flejksami" i "heksami" też mi nie podeszły, choć sroczka ze mnie i lubię brokacik. Po prostu niemiłosiernie waliły zmywaczem/rozpucholem po odkręceniu, a pędzelkiem to sobie mogłam krzywdę zrobić a nie pomalować cokolwiek. Lakiery droższe typu  Chanel Dior itp po prostu olałam, może i jakość lepsza, ale zdecydowanie nie moja półka cenowa, szaleć nie będę.

 W moim osiedlowym sklepie z krówką (tym od bejsboli i wibratorów) jest też jedna półka z produktami okołopaznokciowymi. Mają lakiery w solidnych flachach 15ml (niestety, rozwarstwione) oraz "top coaty" z serii brokat i crackle, te popękane. Mają solidny wybór chamskich sztucznych paznokci straszących plastikiem i nadrukiem "made in bardzo głeboka China". Mają też naklejki ozdobne typu "kwiatki, bratki i stokrotki" - zwykłe, toporne 3D i wodne (kalkomanie) .
W każdym razie - ceny podobne chyba do polskich, może wyższe... Arkusz naklejek w typie  nalepkowe kwijatuszęta luub koroneczki/3D/ kalkomania kosztuje od 4 do 8zł. Naklejek lakierowych (czyli taki lakier bez malowania) nie widziałam w zwykłych sklepach czy nawet sieciowej drogerii, ale w dosyć drogim sklepie z "wszytsko co japońskie" rzuciły mi się w oczy w koszyczku laski stojącej przede mną różowe koronkowe oraz nieśmiertelna panterka.

Salony maniukiurowe - jest ich trochę i - o dziwo mają spore obłożenie. Nie są specjalnie tanie (tzn wg mnie nie są bo dla Amerykanina czy Niemca będę oferowały usługę za grosze, a Tajwańczycy nasłuchawszy się opinii ekspatów będą truć że jest to soooo cheap), ale widać że odwiedza je sporo osób (przy czym na ulicy efekty takich wizyt nie rzucają się to w oczy aż tak jak w Polsce. Prowadzą je głównie Wietnamki i Filipinki posiadające pozwolenie na pracę jako małżonki, więc takie saloniki są zazwyczaj zatłoczone raczej ich krajankami gdaczącymi po swojemu. W ofercie - cięcie, piłowanie, skórki, odżywki, masaż dłoni oraz zdobienie żeli i tipsów.
Żel / tips zaś zdobiony jest dosyć konkretnie, dyskretny frenczyk odpada - jak już się inwestuje w zdobienie, to ma lśnić złotem, błyskać diamentami i powalać "smakiem" właściwych dla krajów rozwijających się. Taką ciekawostką jest inna niż ta znana mi technika nakładania lakieru trzema ruchami (środek, prawo, lewo)- tu najpierw maluje się czubek, a potem domalowuje resztę.

Efekty? Hmm, trudno mi znaleźć, przegrzebałam youtube, ale instruktaży po chińsku jest sporo do bazowego manikiuru a nie zdobień, a te które są mogą pochodzić z różnych miejsc Azji i USA, niekoniecznie z Tajwanu. Trzy filmiki:
- jeden - po chińsku z napisami, o tym jak Jolin (tajwańska pierwszej wody gwiazda manda-popu- czyli muzyki popularnej po chińsku mandaryńsku) otworzyła salon paznokciowy w Los Angeles oparty o jej gusta, pomysły i wymarzone stylizacje. Niestety nie na youtube, więc trzeba klikac samemu - TU >>KLIK<<

- drugi i trzeci - pan (taaak, pan) pokazuje jak robi zdobienie na tipsie z zastosowaniem różnych technik. Daje to pewien pogląd na trendy panujące w biznesie tipsiarskim


A właśnie... wspominałam coś o Tajwańczykach i ich manicurze, prawda?

Nie, tajwańscy panowie, nie malują paznokci, przynajmniej nie jest to powszechne - i to pomimo, że 90% tajwańskich młodzieńców jest mocno zniewieściała, a około 30%populacji do 35 roku życia to regularni geje, pleniący się gorzej niż karaluchy. Nie. Tajwańscy panowie mają specyficzny sposób dbania o paznokcie, a mianowicie - w wszystkich grupach wiekowych, od smarkaczy w podstawówkach po zasuszonych dziaduniów, poza nielicznymi posiadaczami spranych na zachodnią modłę mózgów i innymi odszczepieńcami - wszyscy zapuszczają pazury na małych palcach i kciukach (trochę krótsze). Szczególnie celują się w tym ci granatem oderwani od pługa, słabo wyedukowani, w wieku tatusiowym, ale to nie reguła. Naprawdę, wszędzie można trafić na taką oto śliczną apetyczną tajwańską łapencję.
Będzie ją miał sklepikarz i taksówkarz, i prezes firmy i pracownik banku, i przechodzień na ulicy i uczeń lub student. Tajwańska łapa pazurzasta atakuje z każdej strony, zwłaszcza gdy spożywasz śniadanie...
Skąd wzięła się ten popularny i uroczy zwyczaj? Z czasów Cesarstwa - gdzie, jak pisałam, długie paznokcie symbolizowały wysoki status "nieroba", i nie były zarezerwowane wyłącznie dla kobiet i eunuchów. Zatem tak jak dla nas synonimem bogactwa jest "skóra fura i komóra" - kiedyś na tyle drogie i niedostępne,ze weszły w polszczyznę w charakterze idiomu oznaczającego status majątkowy - tak na Tajwanie posiadanie długaśnego paznokcia/paznokci oznacza "jestem z awansu społecznego, nie muszę pracować fizycznie, orać lub machać młotem". Inne wytłumaczenie - że to na szczęście, albo "na długie życie" (podobnie jak sterczące na dłuuugie centymetry kudły rosnące z pieprzyków na twarzy czy szyi, bleh, masakra). Jeszcze inne, jakże życiowe i praktyczne wyjaśnienie zakłada, że to najlepszy sprzęt to dłubania, gdzie już nie będę pisać.

Czy macie jeszcze jakieś pytania o tajwański manikiur? O pedikiurze - w przyszłości niebawem :D

piątek, 23 maja 2014

Pazury tajwańskie, manikiur, pedikiur.. cz I

Przygotowując tak zwany "background" do tematu "kosmetyki azjatyckie" trafiłam na takie dwie panie, eksploatujące temat zajebistych azja-fantazja kremów i kosmetyków koreańsko - wszelakich w Japonii.
Drążenie przedmiotu odbywało się w ramach bloga o rozwalającej serce nazwie "Oriental Queens" w sposób wysoce profesjonalny, z nienaganną dykcją, z użyciem poprawnych form gramatycnych i leksykalnych tudzień oczywiście bogatego słownictwa. I rzecz jasna dokładnie było wiadomo, o co paniom chodzi... Słowem - cud, mjut, ożeszki i kawai. Tak, przez jedno i. 
U Anny z Japonii przeczytałam krótką acz dobitną refleksję o właśnie tym filmiku i efektach testowania próbek w sklepowej toalecie :D Mi ta toaleta przypominała tą moją domową - zwłaszcza ta półka na ręczniki i szczota do pleców powieszona gdzieś na marginesie- ale w japońskiej toalecie sklepowej nie byłam (w tajwańskich takich akcesoriów nie dają). Abstrahując od lokalizacji, efekty przednie, boki zrywać.
Gulp.
Potem przypadkiem spostrzegłam komentarz znajomej mi osoby pod filmikiem opisującym równie profesjonalne i fenomenalne zachwyty nad och ech ął ęł pośladki urywającymi "targami manikjurowymi"

Miłosiernie nie dołączę więcej utworów pań z duetu Cud Kawai/ Oriental Queens.Pisanina jest co prawda nieco lepszej jakości i bardziej składna niż te azjatyczne-fantastyczne zachwyty nad czymkolwiek (teraz co prawda większość filmików jest zablokowana, ale za to dołączone są godzinne wyjaśnienia dlaczego tak, równie intrygujące). Generalnie filmiki mnie nieco zażenowały i odczuwałam spory dyskomfort obserwatora - a oglądałam je sama samiuteńka, i nawet ani jeden karaluch nie był świadkiem hańby i gwałtu popełnionego na moim ojczystym języku, dumie nabytej przez całe pokolenia przodków, a także profesjonalizmie, rzetelności dziennikarsko-blogerskiej, warsztacie i ogólnie całokształcie czegokolwiek.. Nie wiem, czy dało radę z tego filmu wycisnąć jakieś merytoryczne informacje - co kto gdzie jak i za ile? Może komuś się uda, ja za mało kumata.
W każdym razie przy okazji dysputy o przymiotach owego filmu właśnie znajoma mi osoba zapytała - a jak wygląda kwestia manikiurowa na Tajwanie?
Zacznijmy ode mnie.
Paznokcie mi nieco odżyły, rosną w miarę szybko, łamią się jak się łamały. Na co dzień stosuję odżywkę Eveline - tzn jak sobie przypomnę, bo nie widać jej specjalnie, i nawet jak gdzieś odpryśnie, to nie rzuca się to szczególnie w oczy. Na stopach długo miałam strażacko czerwony lakier, tak długo że wgryzł mi się w pazury na amen (wciąż są czerwonawe miejscami), na rękach sporadycznie odżywkę zdradzam z lakierem perłowo-różowym lub czerwonym. Jak mi się chce, to machnę jakiś wzorek - ostatnio miałam wykaligrafowane znaczki chińskie - o zgrozo, z błędem ortograficznym, co Nauczycielka Zhang bezlitośnie wykpiła.
Ale ogólnie- nie powalam jakąś specjalną odmianą azjatyckiego paznokciomaniactwa, nie wcieram, nie piłuję zgodnie z fazą księżyca, nie przeprowadzam "rytuałów pielęgnacyjnych", maluję jak sobie przypomnę i żyjemy szczęśliwie.

Za to tradycyjne i mniej tradycyjne Tajwanki i Tajwańczycy - jak dbają o paznokcie?

Tradycja posiadania długich paznokci w chińskim kręgu kulturowym wywodzi się z tego samego źródła, co krępowanie stóp - czyli z chęci podkreślenia swojego statusu. Kobiety o nienaturalnie maleńkich stópkach nie mogły pracować czy opuszczać samodzielnie posiadłości, zatem posiadacz żony ze "złotymi liliami" dawał jasny sygnał, iż jest w stanie opłacić nie tylko bogato zdobione buciki, ale także lektykę dla małżonki (każdej z osobna) i stać go na to, aby w jego posiadłości kobiety nie zajmowały się pracą zarobkową (pracą w polu i zagrodzie w szczególności).
Podobnie ma się sprawa z karykaturalnie wręcz długimi paznokciami - nie tylko podkreślały status materialny posiadacza, jasno dając do zrozumienia, że może pozwolić sobie na służbę do każdej czynności, której nie jest w stanie wykonać samodzielnie - od sprzątania przez ubieranie i makijaż, pisanie i haftowanie aż po karmienie i trywialne podcieranie tyłka po zakończonej potrzebie fizjologicznej. Oczywiście, istniał system praw określających kto i jakiej długości pazury mógł sobie uhodować bez ryzyka ucięcia ich razem z głową za próbę podszycia się pod kogoś "wyższej kategorii" i rzecz jasna najdłuższe przysługiwały cesarzowi i jego najbliższemu otoczeniu.
Na zachowanych portretach i zdjęciach przedstawiających Cesarzową Cixi/Qixi (swoją drogą, wyjątkowo wredną babę) wyraźnie widać owe pazury.

Aby uzyskać taki efekt, konieczna była intensywna pielęgnacja (u Pearl Buck wyczytałam, ze paznokcie piłowano i polerowano specjalnym proszkiem, podobnym do tego stosowanego w popularnym obecnie manikiurze japońskim), dodatkowo wzmacniano płytkę pastą z żywicy (i stąd wzięły się tipsy :D) a także nakładano specjalne "złote tarczki ochronne". To co widzimy na zdjęciu, to własnie takie "sztuczne paznokcie" nakładane na specjalne okazje.
Popularne obecnie seriale i telenowele dosyć wiernie odtwarzają realia modowe panujące za mandżurskiej dynastii Qing, więc rozpoczął się lekki szał na noszenie "nail rings" - pierścionka, nasuwanego na palec do okolic I stawu paliczka, zintegrwanego ze szponem. Może inaczej - te urocze metalowe i subtelne paznokiety są widoczne na stoiskach z pierdołami, dziewczyny je kupują, ale nie widziałam żadnej pomykającej po ulicy w takim przystrojeniu.
Co zatem króluje na ulicy?

O tym w następnym poście, już w poniedziałek :D

Korzystałam z:
http://mydramatea.wordpress.com/2013/03/13/zhzm3/
http://kellysearsmith.livejournal.com/66667.html

środa, 21 maja 2014

Nożownik w tajpejskim metrze

Dziś w Tajpej, w stolicy cywilizowanego, rozwiniętego kraju zamieszkałego przez uprzejmych i pokojowo nastawionych Tajwańczyków, w jadącym metrze doszło do wielokrotnego zabójstwa.

Po 16.30 wszystkie media nadawały wieści z ostatniej chwili.
W wagoniku metra 21-letni student zadźgał nożem 3 osoby, ranił ponad 20 (od 21 do 28), głównie w brzuch i plecy. Czwarta ofiara śmiertelna zmarła już w szpitalu.
Napastnikiem był Chang Cheng-han, 21-letni student inżynierii środowiska na prywatnym i bardzo elitarnym uniwersytecie w Taichung/Taizhong - Tunghai. Według tego co podają wiadomości - chłopak już wcześniej zdradzał objawy rozchwiania emocjonalnego i nie najlepszej kondycji psychicznej. Całą akcję miał planować z wyprzedzeniem, a środę 21 maja wybrał z uwagi na brak zajęć w tym dniu. Ponoć od dzieciństwa chciał "dokonać wspaniałych czynów", a niecały miesiąc temu ogłosił online - że niebawem spełni swoje marzenie i "zrobi wielką rzecz", jednak bez wdawania się w szczegóły, co dokładnie miał na myśli.

Jak to się stało?

Wersja pierwsza (kolega mi przekazał) - Chang (lub Chuang) wsiadł na stacji Longshan, po której chwilę się snuł z nożem, po czym zaatakował pasażerów ostatniego wagonu metra.
Wersja druga - uaktualniona, jest taka, że napastnik wsiadł dużo wcześniej, i dopiero po ruszeniu ze stacji Longshan w najdłuższy na całej trasie odcinek między przystankami zaczął dźgać przypadkowych pasażerów. Pociąg dystans z Longshan do następnej stacji Jiangzicui pokonuje przez około 5 minut. W tym czasie Chang zadźgał 3 osoby (2 młodych mężczyzn i starszą kobietę) oraz ranił głównie korpus (plecy, brzuch) ponad 20 kolejnych. Jak to w ogóle możliwe? Ano, Chang kiedyś pobierał nauki w szkole wojskowej, z której został relegowany (nie ujawniono przyczyn), jednak opanował prostą technikę ataku nożem/bagnetem. Na jego korzyść zadziałał także powszechny podczas podróży w każdym środku transportu publicznego zwyczaj "wyłączania się" za pomocą czytania książek, zabaw telefonem, czy po prostu płytkiej drzemki.

Nagranie z pociągu (swoją drogą, to bardzo tajwańskie - po wagonie lata świr z nożem, a ktoś kręci filmik w HD i zaraz po fakcie wrzuca go na youtube). To co słychać w tle - zoukai - znaczy odejdź, won, precz!


Co dalej?
Po otwarciu drzwi na stacji  Jiangzicui z pociągu wyskoczyła zakrwawiona kobieta, ostrzegając innych przed wejściem, rozpaczliwym krzykiem, że w tym wagonie grasuje mężczyzna z nożem. Czekający na metro zobaczyli podłogę zalaną krwią i nieruchome ciała oraz rannych pasażerów. Napastnik, wraz z przerażonymi pasażerami, również wysiadł i snuł się po peronie z nożem w ręce, strasząc tłum i "szukając kolejnych ofiar". Na monitoringu widać, że ludzie odsuwają się od niego, ktoś rzuca w niego teczką (potem okazało się, że był to pojemnik na odpady papierowe). Na nagraniu z czyjegoś tableta zaś - widać też kilkoro odważnych, kręcących na bieżąco z małej odległości za pomocą komórek, oraz rozpierzchających się podróżnych.


Nie do końca jest wyjaśnione, czy to policja, która przybyła na miejsce po 10 minutach (o co ludzie mają spore pretensje - że czemu tak długo) ujęła sprawcę, czy obezwładnili go cywile, a policjanci tylko dokończyli dzieła. Zdania są podzielone, zwłaszcza że według mediów - policja przybyła 10 minut po otrzymaniu wezwania. Nie widziałam zapisu z dyspozytorni, więc nie mogę jasno określić czy to prawda - ale na materiale filmowym z rozmaitych filmów na youtube widać raczej osoby nagrywające telefonami całe zdarzenie, niż trzymające je przy uszach w celu wykonania  połączenia. Na stacjach metra a nawet w wagonach - zasięg jest.

Finał


Po ujęciu, Chang był głównie zainteresowany tym, czy dostanie "czapę" (obecnie trwają dyskusje i społeczne protesty odnośnie stosowania kary śmierci). Nie wyjaśniło się jeszcze kto go złapał, ładnie skrępował i usadził pod ścianą - przeważają głosy, że byli to obywatele a nie funkcjonariusze.

Jak na razie wiadomo, że czwarta ofiara, starsza kobieta - zmarła w szpitalu, wciąż trwają operacje ciężko rannych pacjentów

W tym momencie w mediach trwa ożywiona dyskusja wokół spraw związanych z tą tragedią.
Dostało się policji - że nie nagłośniła sprawy wcześniejszego (kilka tygodni temu) ataku nożownika na jednej ze stacji metra, że dotarcie na miejsce zajęło funkcjonariuszom aż 10 minut od zgłoszenia, podczas którzych sprawca mógł tak naprawdę zadźgać jeszcze kilka osób i opuścić miejsce zdarzenia, a ponadto za całokształt związany z dużym spadkiem sympatii do mundurowych z powodu "agresywnych zachowań" podczas tłumienia protestów Rewolucji Słonecznikowej (przy czym ci co się na to skarżą, chyba agresywnej policji nie widzieli) gdzie kilka osób oberwało pałą czy armatką wodą.
Dostało się merowi Tajpej i Nowego Tajpej za zaniedbanie kwestii bezpieczeństwa, oraz standardowo - rozważano zwyczajowe "gdzie była rodzina, sąsiedzi, przyjaciele, nauczyciele, dlaczego nikt nie zareagował wcześniej" . Przedstawiciel uczelni, na której stronie Chang upublicznił swoje wyznania gęsto tłumaczył się przed kamerami z tego, że nikt nie zwrócil uwagi na wypowiedź jednego ze studentów.

Dyskusje i burzliwe dywagacje będą się toczyć zapewne jeszcze długo, gdyż obecnie na Tajwanie trwa kampania wyborcza na poziomie lokalnym, niebawem odbędą się też wybory prezydenckie, więc każda sprawa, a zwłaszcza tak bulwersująca jest rozdmuchiwana do granic możliwości. Ogólnie robi się z tego taka sama szopka jak z komisją Macierewicza, i szaleństwem smoleńskim, odbywa się publiczne naprawianie błędów i wypaczeń, uświadamianie społeczeństwa i bógwico jeszcze.

Dziś (czwartek) wiadomościach obejrzałam na przykład:
- propagandowych policjantów spacerujących wte i wewte w wagonikach oraz na stacjach metra (ciekawe, kto pilnuje porządku i patroluje ulice...),
- instruktaż jak można się obronić gaśnicą, parasolem, koszem na śmieci,
- oraz filmik pokazowy jak używać interkomu w wagonach metra tudzież gdzie można znaleźć /jak stosować przyciski alarmowe
- ocierającego łzy przedstawiciela prywatnej uczelni Tunghai, wyjaśniającego kwestie przeoczenia "bezpośrednich" wskazówek i znaków wieszczących katastrofę
- wystąpienie jakiejś pani polityk z opozycji na temat "rządzący skiepścili sprawę i zaniedbali bezpieczeństwo pasażerów"
- wywiady z losowymi respondentami na temat wprowadzenia dodatkowych zabezpieczeń typu prześwietlanie bagaży i bramki wykrywające metal, wzorowane na pekińskich rozwiązaniach
- wywiady z "tłem"- czyli kolegami, znajomymi, fejsbukiem Chenga, pod zbiorczym hasłem "jak mogliśmy do tego dopuścić i przeoczyć bla bla"
- historię metra Tajpej, jak dotąd uważanego na bezpieczne
- opowieść z krypty- prognozę możliwych manifestacji naśladowcóww Kaohsiung i Tajpej (więcej miast na Tajwanie nie ma metra), i hot news o jakimś niezidentyfikowanym znajomym, z którym Cheng rozmawiał na komisariacie (WTF??? Możliwe, że coś nie do końca zrozumiałam, mam nadzieję - bo jak zatrzymany za zabójstwo i przebywający na komisariacie może prowadzić jakieś dialogi z kimś poza tym komisariatem?), który może próbować kontynuować jego "dzieło"

i tak dalej.

Osobną kwestią jest reakcja pasażerów.
Najpierw, gdy dostałam nieopisany filmik ze stacji, na którym widać snującego się jak błędna owca chłopaka z nożem, od którego odsuwają się inni ludzie - popastwiłam się nad Tajwańczykami, którzy nie zareagowali i dopuścili do masakry w wagoniku. Wiem już, po lekturze zaktualizowanych informacji, że mój wniosek był na wyrost, i filmik przedstawiał sytuację po wyjściu napastnika z miejsca zbrodni.
Jednakże nadal zastanawiające jest to, że jednemu, dosyć cherlawemu osobnikowi udało się dokonać takich szkód - i dlaczego nikt go nie obezwładnił już w momencie, gdy zaatakował pierwszą ofiarę, w metrze znajdowali się bowiem nie tylko zawieszeni w smartfonowym świecie młodzieńcy oraz emerytki...

Nie da się ukryć, że tajwańscy mężczyźni są zniewieścieli i pomimo obowiązkowej w tym kraju zasadniczej służby wojskowej, straszą "agresywnością zero" i równie zerowym poziomem umiejętności samoobrony, a kultura ich rejonu jest po buddyjsku pokojowa. Wiem, ze łatwo osądzać z dystansu, i nie wiem jak sama bym się zachowała w tej sytuacji - tak naprawdę nikt z moich znajomych, zszokowanych całym zajściem, nie był w stanie powiedzieć, że zachowałby się tak czy tak, wszyscy zgodnie powtarzali, że byliby w panice, stuporze i traumie, i najprawdopodobniej  bym zemdleli. Znamienne jest to, że osoby które przedsięwzięły jakieś działania (rzucanie koszem czy machanie parasolem) były w wieku mocno dojrzałym, bo cała reszta mdlała, kwiczała, nie zauważyła niczego - albo robiła dokumentację fotograficzno-filmową.

No cóż, coś mi się wydaje, że sprawa Chenga i jego noży będzie tajwańskim odpowiednikiem "smoleńszczyzny" i media tłuc ją będą przez najbliższy miesiąc, jak nie lepiej...

Linki do wiadomości w wersji angielskiej
http://www.buzzfeed.com/emmashay8/taipei-mrt-knife-attack-slightly-bloody-qj5w
http://www.taiwannews.com.tw/etn/news_content.php?id=2487259


O ekologii i "krystalicznie" czystym powietrzu na Tajwanie

Kraków oprócz smoka posiada i smog, w rezultacie zaś - najbardziej zanieczyszczone powietrze w całej Polsce (ponoć). 
Kojarzę ogłoszenia w radiu że "w dniu dzisiejszym nie zaleca się pobytu dzieci i osób starszych poza domem", kojarzę widok rudawej mgły oglądanej z perspektywy zielonych wzgórz Nowej Huty (i przestrzeni powietrznej ponad tą własnie Nową Hutą). O tak to wyglądało na przykład:

Jednakowoż organoleptycznie stwierdzam, że krakowski smog to małe miki wobec krakowskich bezdomnych. W krakowskim smogu da się oddychać - i mówi to osoba która regularnie czekała na autobus na skrzyżowaniu Podwale/Karmelicka, pod Kinem Kijów oraz Rondzie Mogliskim. Za to ta sama osoba korzystająca z uroków komunikacji miejskiej poddawała się i ewakuowała na siarczysty mróz, dujawicę, gradobicie i oberwanie chmury gdy pojazd zostawał uszlachcony pojawieniem się wysoce aromatycznego bezdomnego - sztuk jeden, który robił lepszą toksyczną robotę niż wszytskie huty, piece kaflowe i samohcody bez katalizatora razem wzięte.
Ale wracając do tematu Azji, ekologii i powietrza. 
Miałam pewne niejasne obawy potęgowane sugestywnymi obrazami z Chin, gdzie nie tylko nie widać błękitu nieba nad głową, ale i drugiej strony ulicy. 
Foto - Wikipedia "Smog w Pekinie w 2005r."
Moje wstępne wątpliwości zostały szybko rozwiane poprzez informacje o tym, że Tajwan wiedzie prym wśród ekologicznych krajów Azji Południowo- Wschodniej, że bezustannie wdrażane są systemy ochrony środowiska oraz filtracji odpadów przemysłowych, że Tajwan to nie zagłębie przemysłu ciężkiego, a ośrodek wysoko rozwiniętych technologii produkowanych w sterylnych warunkach, że zalesianie, że parki narodowe, te sprawy. A maseczki (>>KLIK<< tu pisałam o maseczkach) to taki element kultury i tożsamości regionalnej coś jak słynne pasiaste torby "turystek zza wschodniej granicy"
Tak, to ja. Na ceglanej sofie. W maseczce. Co w tym dziwnego?
No to luz. 

Po czym przyjeżdżam, oddycham pełną piersią chcąc poczuć smak i zapach egzotyki i... Najpiew wali mnie obuchem gorący, wilgotny dech, potem zimny i woniejący pleśnią cug z klimy (nie oszukujmy się, klima ma swój zapaszek, no chyba że utrzymana w sterylnej czystości, czego na Tajwanie nie uświadczysz), a potem wielkomiejska atmosfera Kaohsiunga, sowicie przesiąknięta spaliną, siarką i wonią "Kanał nr5".
Nie wygląda źle, co? Świeźo po deszczu
Tu już jakby trochę mhroczniej, ale wciąż ładnie (wczoraj padało)
W pogodny dzień Kaohsiung obserwowane z Wyspy Cijin (5 min rejsu promem, 500 m od stałego lądu) wygląda tak:
Tu już gorzej, nie? Nie padało od tygodnia, więc dalszy plan skrywa mgiełka tajemnicy. 
W pogodną noc musisz porządnie wysilić patrzałki, aby dostrzec  oddalony o kilka kilometrów symbol miasta  czyli "Big Finger" Kaohsiung 85, bo zawiesina metali ciężkich i związków rakotwórczych skutecznie spowija mgłą tajemnicy panoramę miasta. Mi to zdjęcie udało się zrobić po kilku tygodniach podchodów, po deszczu - a i tak nie powala, bo deszczyk był taki sobie, średnio długi i średnio ulewny.
Nie powinno nikogo zatem dziwić, że gwiazdy oglądam głownie na zdjęciach, a o wyjściu na tarasik późną nocą, wyłożeniu się na wygrzanej posadzce i obserwowaniu galaktyk można zapomnieć... do momentu, którym ktoś solidnie nie walnie cię w łeb (mało tu prawdopodobne), aż ci gwiazdy wokół głowy zaćwierkają. Pamiętacie, jak mnie Młodociany przewłóczył po krzaczorach w ramach prezentu urodzinowego? Wtedy, kiedy to dostałam "gwiazdkę z nieba", a nawet całe siedemnaście rachitycznych plamek światła na smolistym niebie? Chyba nie powinno być zatem zaskoczeniem, że Młodociany (jak i większość Tajwańczyków) Mleczną Drogę oglądał w książce do geografii, a kwestia zobaczenia spadającej gwiazdy budzi tu taką ekscytację jak kwestia spadającego raz na dekadę śniegu... A wszystko właśnie przez zanieczyszczenie - świetlne i atmosferyczne, które powoduje, że w pogodną, bezchmurną noc widać - księżyc, Wenus i przy odrobinie szczęścia jeszcze kilka niezidentyfikowanych ciapek.
A oto namacalny dowód na to, że na Tajwanie powietrze ma tyle minerałow, że same nie wiedzą co ze sobą zrobić i czepiają się mnie, durne. 
Czy już rozumiecie, dlaczego podróż po Tajwanie odbywa się w takim oto rynsztunku ochronnym?

A na zakończenie... Link do stronki z wynikami pomiarów czytsości powietrza na całym świecie. Można sobie popatrzeć i porównać, po czym się zastanowić czy na przykład wiemy w co się pakujemy jadąc do Hanoi / Kalkuty / Pekinu, i czy aby na 100% chcemy podróżować po chińskich miastach na rowerach.

Wyniki z dziś dla Krakowa (podczas deszczu, po sezonie grzewczym) oraz Kaohsiung (po deszczu, który znacznie poprawił jakość powietrza - czyli widać niebo absurdalnie błękitne i czuć zapach kwiatów) i Chin, żeby nie było że u mnie jest źle.
Dziś padało, niebo wyprane chyba w Perwollu i słońce, i chmurki - sielanka
Zazwyczaj bez deszczu i wichury wskaźniki zaczynają się od żółtych i przechodzą w pomarańcz, zaś po ulewie i tajfunie można naprawdę oddychać pełną piersią... I nie będzie to pierś pełna ołowiu :D

poniedziałek, 19 maja 2014

Zakupowe wpadki i wypadki i wypadki III - słodyczowe koszmary

Generalnie jestem tzw "przepadlista" i wszystkożerna (poza pasztetami i pasztetową), grzecznie zjadam cokolwiek się mi położy na talerzyk w sposób absolutnie (przynajmniej w moim mniemaniu) rekompensujący oszabrowanie lodówki do stadium - nawet światło zniknęło.

Ale raz w miesiącu przychodzi taki czas, w którym zamieniam się w wielki cukrowy jamochłon, nastawiony na tylko jedną życiową  misję - opchać jak najwięcej słodkości...
Tak, to wówczas wciągam paczkę krówek (nosem), przegryzam czekoladą z toffi oraz żelkami Haribo i lecę niuchać dalej, co też waniliowego skrywa się w kącikach kuchni, przepijam sosem truskawkowym i nadal się rozglądam. Z góry przepraszam za swoje zachowanie w tym okresie, wiecie - hormony wygrywają z kindersztubą, a poza tym ten smak "cudzesa"...
Niestety, tajwańskie słodycze mi nie podchodzą, bo to jakieś poronione płody przemysłu ciężkiego lub jako żywo odpady produkcyjne zakładów petrochemicznych. Z uwagi na inne uwarunkowania klimatyczne, ekonomiczne, surowcowe i smakowe, Tajwańczycy nie dość, że pomidora uważają za owoc, mają galaretki herbaciane (rzyyyyg) i kawowe (jeszcze większy rzyyyyyg), i żelki o nieokreślonym smaku czyli sławne bubble/pearls od bubble milk tea with pearls - flagowego napitku tajwańskiego (o którym pisałam TU >>KLIK<<)
Mało wam? To dodajcie słodką (słodkawą jak zielony groszek) fasolę mung i adzuki w tofu o nijakim smaku - i macie top deser tajwański. Albo słodkie ziemniaki (bleh).
Z całym szacunkiem dla smakowitych kulinariów tajwańskich (bo takowe pewnikiem też istnieją) - ale jesteśmy smakowo niekompatybilni, ja pluję tajwańskimi mniam deserami na odległość, a Młodociany po jednokrotnym umoczeniu czubka języka w moim kisielu oduczył się sięgania po cudze kubeczki pełne "obrzydliwie słodkiego gluta" - czytaj kisiel owoce leśne.

No dobra. Patrząc w kalendarz i widząc kłującą po oczach wielką czerwoną kropę - popędziłam uzupełnić zapasy, bowiem wybór mam ograniczony i wolę zaopatrzyć się wcześniej, niż potem ze łzami obrzydzenia przełykać na przykład - złapane z braku laku MMsy malinowe...
Zatem zaopatrzona w koszyczek ruszyłam na podbój półek w pobliskim markecie. Minęłam bazylion niezjadliwych smaków Oreo oraz wafelki przekładane (dobry wafelek ma mieć czekoladę i dużo farszu, tajwańskie nie mają, więc są suche) i rurki nadziewane (fatalna proporcja ilości suchego do farszu) i nagle patrzę - no nie wierzę, MARKIZY!
No to kupiłam, dodałam puszkę mleczka skondensowanego i poszłam szczęśliwa.
W nocy obudził mnie mały głód, szybko rosnący do stadium głodziszcza. Ssanie w trzewiach, które w razie nie zapchania cukierem i innymi słodkościami groziło zamianą w głodzillę minimum. Zatem szczęśliwa jak żaba w deszcz sięgam po przygotowane zawczasu zapasy, oczywiście nie szczędząc sobie w duchu licznych pochwał i komplementów. Przebijam się przez karton i folię otulającą szczelnie paczuszkę z ciachami. Gryzę... Czuję wanilię (mniam) i....

Czy wy wiecie co ci skośnoocy zboczeńcy zrobili?
Wsadzili nadzienie waniliowe, słodkie i mniamniuśne... między dwa krakresy. Słone krakersy. Na opakowaniu zresztą wyłożone jako krowie na rowie, sandwich crackers, right babe?

Połączenie eksplodujące na kubkach smakowych... i nie jest to miła sercu eksplozja smaku.

Ponieważ usilne próby zlizania tego co słodkie z tego co niesmaczne powodowały pewien niesmak z uwagi na solidnie przebijający tu i ówdzie krakersowy posmak - stwierdziłam, że krakersy, niezależnie od resztek waniliowego kremu - udają się do Koszalina, a ja poprawię sobie nastrój mleczkiem skondensowanym.

Wszyscy Polacy kojarzą takie metalowe tubki z krówką, z których wyciskało się "najlepszą w smaku pastę do zębów", słodki jak ulepek produkt mlekopochodny z dużą ilością cukru?

No to tu mamy takie coś o nazwie "Jaskółka" made in Taiwan i konkurencyjnego "Goździka" firmy Nestle. Ponieważ jak już wspominałam - staram się kupować produkty lokalne, a od Nestle trzymam się z daleka, no to siłą rzeczy nabyłam Jaskółkę w solidnej puszuni. 
Zniesmaczona krakersami "Ritz" wydobywam puszeczkę mlecznej rozkoszy ze spiżarki, i... kolejny zonk.
Wrzucając na chybcika wzięłam wersję bez otwieracza zintegrowanego z wieczkiem. A otwieracza do puszek na stanie nie posiadam. Od sąsiadów nie pożyczę, bo jest solidnie po północy, kupić nie kupię bo najbliższy całodobowy sklep ze wszystkim (nie 7-Eleven, ale normalny sklep, coś w rodzaju osiedlowego SAMu) jest trochę za daleko żeby mi się chciało zawlec tam swoje cztery litery, więc trzeba sobie radzić...
Zatem zasiadłam na podłodze, puszkę umieściłam na poduszce (żeby się nie tłuc za bardzo, bo ostatnio prowadzę wojnę z sąsiadami o nocne hałasy typu... namiętne tajwańskie odkurzanie o 00.30...), w dłoń ujęłam klapek spełniający zaszczytną funkcję młotka... i rozpoczęłam próby penetracji z perforacją za pomocą losowo wybranych przedmiotów mogących zadziałać jako wiertła/przebijaki.
Wypróbowałam: 
- pałeczki metalowe
- ząbek widelca (nóż się mi gdzieś zapodział...)
- stary długopis
- kant cążków do paznokci (szklany pilniczek odpadł w przedbiegach)
- cudem odnalezione nożyczki (nóż nadal się podle ukrywał)
- i jeszcze kilka innych, równie ciekawych przedmiotów

Tłukłam zatem klapkiem w powyższe substytuty otwieracza, klnąc w duchu za brak: korkociąga, gwoździa, otwieracza do puszek, noża i scyzoryka McGyvera a nawet śrubokręta (taaaak, zdarzało mi się wino otwierać gwoździem lub śrubokrętem... kiedyś). Siedziałam, mordowałam się, tłukłam klapkiem i w głębi duszy wołałam "Korkociąg! Królestwo za korkociąg! Ba, nawet dziewictwo moje za korkociąg! I lewą nerkę! I zieloną sukienkę!". I w końcu, po dłuższej i nierównej walce, chińska blacha poddała się i zrobiła małą dziurkę, do której przyssałam się niczym niemowlę do cyca i dawaj dudlić.

I nic.
Dziurka za mała, mleko za gęste, siła ciągu ust moich za słaba. Doić mogłam aż mi oczy wylecą z oczodołów i pacną o przeciwległą ścianę, a nie utoczyłam ani kropelki.

Dokonałam zatem przeróbki - podrasowałam dziurkę do rozmiarów stosownych dla słomki, upchałam słomkę w dziurze - i dawaj dudlić.

I nic. 
Siła ciągu ust mych korali nie wygrała z podciśnieniem i gęstością mleczka.

Potrzeba matką wynalazku, głód i przynęta - ostoją uporu. Zatem -klapek w łapę, zestaw przyborów jak powyżej - i pełna desperacji wzmaganej przez rozkoszny mleczny aromat - wybijam dziurkę numer 2. I w końcu się udaje...

Rano opowiadam Młodocianemu o moich nocnych przeprawach. Słucha z kamienną twarzą i mam wrażenie, że zastanawia się, czy nie dzwonić po panów z noszami i kaftanem o dłuuugich rękawach. Pytam, czy nie bawi go ta sytuacja, i czemu się nie śmieje, bo Agga to turlała się pod stołem już przy tym, jak w opowiadaniu sięgnęłam po klapek. Młodociany szybko odpiera atak - nie smieję się, bo właśnie zaliczam "dickface"(co to dickface - KLIK) no i chyba nie wypada, żebym rechotał w miejscu publicznym, no nie? A poza tym... Czemu nie zadzwoniłaś po mnie? Bym przyjechał i ci pomógł! 
Po czym z niekłamanym podziwiem dodaje: A nade wszytsko jestem z ciebie dumny, ty to sobie umiesz radzić, przezyjesz nawet w dżungli...

piątek, 16 maja 2014

Przypadki szczególne tajwańskiej edukacji - mapa z konkursem geograficznym w tle

Tajwan szczyci się jedną z najwyższych ocen w globalnym rankingu edukacyjnym - uczniowie w jakichś tam testach zdobywają laury o których nam, Polakom się nie śniło. 

W podstawówce pierwiastkują, całkują i dodają kolumny w pamięci, recytują ksiązki telefoniczne wzdłuż i wspak, tańczą taniec logarytma, śpiewają tangensem i cotangensem itepe - aby osiągnąć jakiś przyzwoity wynik uprawniający do jakiejś szanowanej kariery. Ale geografia - leży i kwiczy. 

No dobra jestem wredna, bo sama miałam dużo szczęścia do porządnych nauczycielek podczas całego cyklu edukacji. Solidnie podchodziły one do wykładanych przedmiotów-niezależnie od tego czy chciałam go zdawać na maturze czy nie. I między innymi musiałam opanować takie niuanse, jak to gdzie leży Surinam i Archipelag Bismarcka (do których prawdopodobnie nie polecę nigdy), co jest stolicą Bhutanu (nie, nie Phrophan :D ) i w jakim państwie znajduje się Maputo.

Po czym idę na studia. I przylatuję na Tajwan - który o dziwo jakoś lokalizuję na mapie (gorzej z moimi krewnymi i znajomymi... patrz TU - dokąd mnie wysyłali i z jakim rozrzutem!)
To nic, że mało który Tajwańczyk wie, gdzie ta Polska (i to pomimo wielkiego poświęcenia Lecha I Nielota, co zapewnił nam 3 dni szumu medialnego w każdej telewizji świata).

Nie ukrywam, że ja też mam problem z dokładnym określeniem położenia wszystkich stanów USA czy państw Ameryki Środkowej lub Oceanii ( a to zbliżony poziom egzotyki).  Ale to:

jednakowoż stanowi lekką przesadę.
A teraz pytanie otwarte... Co z tą mapą Europy jest nie tak? 
Jest to pomoc dydaktyczna do kupienia i powieszenia w dziecięcym pokoju, żeby ćwiczyło angielski. Tajwańczycy mają olbrzymie problemy z europejskim / amerykańskim nazewnictwem czegokolwiek. pisałam o tym z przykładami na przykład TU i TU, więc ćwiczyć trzeba, żeby umieć wydusić, że to Switzerland a nie Ruishi (czyt Rłejszy), Sweden a nie Ruidian (rłejdien), Greece a nie Xila (sila) i te pe. Zatem, kto podpowie mi - gdzie rąbnęli się tajwańscy kartografowie stulecia (a jest tego trochę)?

No dobra.
Dla najlepszych, którzy wynajdą tyle baboli, że grafik i jego supervisor ochoczo i na ochotnika popełnią seppuku za pomocą ołówka od strony z gumką wbijanego przez ucho do pępka...

...przewiduję nagrodę w postaci "papierowych cudeniek" opisywanych w tym poście.
Dodatkowo zaś podejmuję się sporządzenia foto-relacji z tego, jak to firmie produkującej i dystrybuującej ową listę wyślę, podstawię pod nos i będę obserwować jak się wstydzą :D

Ponieważ ostatnio jakoś się nie zabijaliście walcząc w makaronie i kiesielu, oleju i rzepaku - to zestawów papierniczych będzie tylko dwa. Ale za to wypaśne. Powiedzmy - jeden gadżet za 1 wskazany niuansik :D

Na odpowiedzi czekam do... hm... Dnia Dziecka. 1. 06.
Regulamin konkursu
- Aby wziąść udział należy:
- polubić bloga na FB i obserwować - bowiem do dziś nie zgłosiła się jedna ze zwyciężczyń poprzedniego konkursu
- określić efekty swoich spostrzeżeń i listę zamieścić w komentarzu
- cieszyć się, że nasza znajomość geografii rośnie w siłę i moc.

środa, 14 maja 2014

Czego nie chcesz wiedzieć o swoim szefie - ciemna strona social mediów na Tajwanie (ale pewnie nie tylko)

Ci którzy mnie znają, wiedzą że jestem "cokolwiek" aspołeczna, i długo wzbraniałam się przed mainstreamowym FB, którego założyłam głównie z uwagi na moje tajwańskie konszachty i knucia tajwańsko stpendialne.

Tak, aby się ubiegać o stypendium/pracę/naukę na Tajwanie - wypada a nawet trzeba mieć FB bo gro spraw pobocznych jest załatwianych właśnie na FB. 
Ogłoszenia parafialne, zadania domowe, plotki i rozgrywki towarzyskie, informacje - tylko na darmowym portalu "komunikacyjnym", nikt do ciebie nie będzie maila klepał, dzwonił czy smsował. Ja i tak jestem do tyłu i nie używam Line, Instagrama, Pinteresta, i pierdyliona innych "topowych" i "socjalnych" aplikacji, do których Tajwańczycy są przyklejeni. Ale nie przeszkodziło mi to w doświadczeniu fejsbukowych oświadczyn.

Dopiero ucichła afera z Yoyo i jej zdjęciami na FB(opiszę w osobnym poście, bo mam na tapecie Yoyo-stajl), które ze zwyczajnego "cute -keai Azjatka studentka z misiami i kucykami" ewoluowały w stronę "napalona Azjatka pod prysznicem", które to słit focie w pianie i desusach Yoyo bez większego zastanowienia wrzuciła na fejsa, i to tak, że każdy mógł je zobaczyć. Każdy, w tym jej własny chłopak, który o pozowaniu Yoyo w ogóle i w szczególe pod prysznicem dowiedział się właśnie z jej odblokowanej galerii, bo mu kolega z wojska  (który też je zobaczył, podobnie jak połowa jednostki, która popędziła pod prysznic  sprawdzić czy aby tam jakiejś napalonej Azjatki nie ma czasem) doniósł uprzejmie. 
Cóż, jak już wielokrotnie informowałam, Tajwańczycy pomimo rewelacyjnych wyników w testach z mtematyki - są gremialnie tępi jak zardzewiałe kosy i myśleniem strategicznym nie grzeszą, bo boli.
Ale miało być o szefie.

Młodociany dostał pracę - jest teraz tłumaczem w niewielkiej rodzinnej firmie produkującej Goretex, membrany i inne nieprzemakalne materiały oraz ubiory z tychże. Dostał tą pracę niesamowitym zbiegiem okoliczności - ot, koleżanka Młodocianego z hiszpańskiego, studentka drugiego roku - wybrała się na praktyki do Urugwaju, a podczas przesiadki poznała również przesiadającego się starszego pana wracającego na Tajwan skądśtam. Pan nie mówił w ząb po angielsku czy hiszpańsku, więc koleżanka uratowała jego żółty, zagubiony i skołowany wielkim lotniskiem nieopisanym po chińsku, zadek. Wymienili się rzecz jasna namiarami i polecieli każde w swoją stronę. Jakiś czas później ów miły pan odezwał się do koleżanki, że potrzebuje tłumacza z językiem angielskim. A że odezwał się przed jakąś klasówką zwaną tu Quizem - kiedy to koleżanka pilnie ryła w bibliotece, a obok równie karnie zakuwał Młodociany - to Młodociany został zarekomendowany i przyjęty w poczet pracowników
Szef okazał się być miłym panem, widzącym przyszłość w młodej krwi w swojej firmie, ogólnie hao hao itp. Młodociany na pracę i płacę nie narzekał.
Aż do niedzieli.

W niedzielę udaliśmy się na kawę nad Jezioro Lotosowe, do mojej ulubionej aborygeńskiej kawiarni, i tam, nad filiżanką mrożonego latte Młodociany popełnił wyznanie.
- Słuchaj, mam problem z szefem. Nie wiem co zrobić, więc może mi doradzisz.
Zamieniłam się w Wielkie Gumowe Kłapciaste Ucho poznaczone odpowiednią ilością znaków zapytania.
- Bo wiesz, przypadkiem odkryłem, że mój szef ogląda pornole.
Wielkie Kłapciate Ucho się aż zaróżowiło z emocji i nadmiaru ciekawych sugestii obrazkowych w jaki to sposób Młodociany tak druzgocącego system odkrycia dokonał. Młodociany kontynuował:
- W samym oglądaniu pornoli nie ma nic złego, bo ja ogłądam, mój brat chcący zostać mnichem buddyjskim ogląda, ogląda kolega Ben zaangazowany chrześcijanin, i mój tatulo też ogląda. Ale wiesz, mój szef jest trochę niekumaty technicznie, i wrzuca linki na FB...
-??? 
- No wiesz, na niektórych stronach, żeby obejrzeć, to musisz się podzielić takim linkiem i udostępnić go innym na Twitterze, FB itp. I mój szef  na to "Share" klika bo chyba nie kuma co to jest za przycisk, a że jestem w jego znajomych to podobnie jak milion pińcet dwa dziewięcset osób z listy znajomych otrzymuję takowe info. O, popatrz sama.

- Aha. Zonk i zbite pośladki.
- Wiesz, dziś jest Dzień Matki i mój szef zamiast zajmowac się rodzina, to też sobie zapuścił w tej chwili jakiś ciekawy filmik przyrodniczy, bo własnie dostałem powiadomienie na FB. To jest straszliwie disgusting. I wprawia mnie w zakłopotanie. Bo mój szef to dobry człowiek i chciałbym mu zwrócić uwagę, ale nie mam smiałości powiedzieć mu w twarz "Wiem, że pan ogląda pornole, bo cały pana fejsbukowy świat jest poinformowany o tym na bieżąco, pana brat i córka, zastępca i główna księgowa, babcia ze strony pradziadka i kontrahenci, kuzyni pociotki i koledzy z piaskownicy też".
- Fakt, nieciekawie. Ale ja też bym nie miała odwagi i byłoby mi niepomiernie głupio, a ponadto obawiałabym się niekorzystnej reakcji skutkującej zwolnieniem mnie, osoby posiadającej niewygodną dla szefa wiedzę.
- Właśnie. Ale z drugiej strony to naprawdę w porządku boss. I co tu zrobić? Jak mu zwrócić uwagę?
- Hmmm... ciężka sprawa! Już wiem! Załóż sobie lewe konto mailowe i na FB, i weź mu wyślij anonimową wiadomość "Szanowny Panie! Jestem pana znajomym, ale brak mi śmiałości powiedzieć panu wprost..." po czym opisz sytuację i podaj sposoby na ukrycie swojej aktywności w portalach dla dorosłych. Po czym spamuj go tą wiadomością dopóki nie zatrybi i nie wprowadzi w czyn.Co ty na to?
- Eee, za leniwy jestem. Zresztą, po namyśle - parę osób polubiło jego linki, więc chyba nie jest tak źle!

Czy wam zdarzyło się kiedykolwiek napotkać taką sytuację? A może sami opublikowaliście nieświadomie linka do kłopotliwej, niewygodnej i gorszącej zawartości?


poniedziałek, 12 maja 2014

Tajwan ma stajla? - Ting i jego ciuchy

W nawale chudych tajwańskich chłopców straszących ptasimi nóżkami i opiętymi rurkami, i wyglądających jak pół dupy zza krzaka, oraz chłopców wbitych w dresiawe mundurki szkolne nadające im wygląd drugiej połówki końca pleców za tym krzakiem, oraz rzeszy płaskodupych skośńookich wbitych w gajerki rozmaitych lotów (najczęściej koszących w dół, jeżeli chodzi o efekt wizualny) i wylajtowanych panów w wieku tatusiowym, hasających w polówkach, dresiokach i wiatrówkach - zabłysło kilka kaganków nadziei.

To znaczy, pojawiło się kilku osobników wyglądających jak na faceta przystało, w dodatku umiejących się ubrać tak, a by przyodziewek nie skrzeczał fatalnym krojem i nadmiarem ozdób mających podkreślać status materialny. Ting wygląda nieskazitelnie schludnie, stylowo, elegancko i nietuzinkowo, i jest miłym wytchnieniem dla oczu bombardowanych takimi obrazami:


Ting jak dotąd nie skalał się czymś tak gwałcących oczy z mózgiem jak -  detale typu grzywka na wczesnego Biebera, fullcap, rurki z obniżonym stanem, getry plus krótkie spodenki i wansiki oraz innymi dowodami na brak dobrego smaku i ogólnej ślepoty oraz postępującą degenerację młodych mózgów. Fakt, że jego stylizacje bywają ekstrawaganckie i odważne w doborze kolorów i fasonów oraz dodatków- ale nie robi z siebie Jacykowa czy innego ułoma...
I na przykład - nie ujrzałam go ani razu w "słodkich" i "branżowo-gejowych" okularkach kujonkach (za co pokłonem do stóp odzianych w sandałki-rzymianki mu padam), kolorystyka jego ubrań raczej nie gryzie się jak ortalion z dermoszpanką, sweterków we wzory skandynawskie nie zanotowano, naciągniętych polarków również. Uff.
Dobra, przejdźmy do rzeczy - bo na stylach i tryndach znam się tak samo jak i na kosmetykach. To wam pokażę -świat i moda według Tinga.

Bo Ting niezależnie od tego czy w mundurze służby zastepczej, czy też w bulwersująco perwersyjnie skąpych (jak na tajwańskie warunki, śmigające w galotach po kolana) kąpielówkach
 bez względu od tego, czy skacze na tle prętów zbrojeniowych, czy przerośniętej reklamy Viagry
nie bacząc na to, czy pozuje w wielkiej kamiennej budce strażnika o wybitnie fallicznych kształtach, czy też w jakichś krzolach, czy śpi w tramwaju, czy tańcuje przed świątynią,
 czy w tle jego lewitacji znajduje się średniowieczny zabytek, malownicze ruinki czy drapacz chmur,
 czy akurat zdjęto go podczas wycieczki skuterowej lub dzikiego przebieranego party...

No cóż. Ting zawsze wygląda nienagannie i w sposób dopasowany do sytuacji. Powiem więcej... Nawet w aseksualnych kaloszach podczas powodzi -na tle tła ludzko-scenograficznego - wyglądał zaskakująco nieźle.

Taaaak. Biorąc pod uwagę jaką uczelnię skończył Ting - a była to sławetna Wendzarnia, nikogo nie powinien zdziwić fakt, że odsztafirowany jak spod igiełki Ting niestety gra w drużynie przeciwników. 

piątek, 9 maja 2014

Zakupowe wpadki i wypadki II - tydzień lodzika podłego w smaku

Ponieważ robi się coraz cieplej, należy zażywać ochłody. I jeść lody.

O lodach po tajwańsku już pisałam kilkakrotnie, opisując pierwsze z nimi zetknięcie oraz wersję wypasioną czyli lody muszelkowe... oraz szeroko komentowantowane lody z muszli - klozetowej

Zatem dlaczego tajwańskie lody załapały się na dział wpadkowo-wypadkowy? Bo czasem też zdarzy się skucha i kupię coś z "tradycyjnych tajwańskich frykasów", od których zdecydowanie powinnam trzymać się z daleka aby nie drażnić sarkazmu...
Opcja lekki hardkor:
Lody waniliowe z czekoladą. Wyglądają normalnie, smakują normalną plastikową przesłodzoną śmietaną udającą wanilię plus trochę czegoś udającego czekoladę. Nic niezwykłego. Więc co jest w nich takiego niezwykłego, że trafiają na czarną listę?

W sumie... to nikt nie wie. I chyba nie chce wiedzieć. Ale lody waniliowe/czekoladowe/mix tajwańskiego giganta zawierają w sobie tajemnicze coś, co sprawia, że się nie topią. Nie kapią po rękach, nie rozpływają się, nie robią tego co lody zwykły robić w upalny dzień. Te cyborgi trwają niewzruszenie, no dobra, niezbyt wzruszenie i na upartego można je trzymać bez większej szkody w lodówce a nie zamrażarce.
Filmik okolicznościowy - jest i zegar i termometr, i wątpię by pokazywał temperaturę w Farenheitach czy Kelwinach.

Zacząwszy od takiego przytupu, oddalę się w nieco mniej radioaktywne rejony. Z serii lody o dziwnych smakach - zielona herbata i sezam. Tutejsze delicje i ponoć ulubione smakołyczki, które zostały mi zakupione i wciśnięte do łapy.
 Zielona herbata... Niejednokrotnie wspominałam - lubię kosmetyczny zapach "zielona herbata" w mydłach, perfumach, szamponach i balsamach oraz odświeżaczach do powietrza. Lubię pić zieloną herbatę - bardziej z uwagi na to, że nie odbarwia zebów i ma być superskuteczna na głowy bolenie i kuśki stojenie, usuwać me zmarszczki, celulit i inne mniej lub bardziej urojone problemy niż ze względu na jej szczególne walory smakowe. Ale... jakoś nie jestem w stanie przekonać się do:
- matchy, czyli roztworu z herbacianego proszku w kolorze jadowicie pastelowym zielonym (jakby to nieprawdopodobnie nie brzmiało, taki kolor istnieje - i jest jednym z powodów mego ostrożnego stosunku do matchy, nawet tej w Starbucksie)
- ciastek z zieloną herbatą
- bułek z zieloną herbatą
- czegokolwiek z zieloną herbatą, poza solidnym kubasem zielonej herbaty.
Tak też było z tymi lodami. Zostały mi kupione, zrobiono mi entuzjastyczną focię ('dasz na bloga, będziesz propagować nasze jedzenie!') na której pomimo pięknego uśmiechu wyglądałam jak urokliwa baryłka, więc wrzuciłam trochę mniej entuzjastyczną - bo zrobioną po tym jak owo zielone coś polizałam.

No dobra. Jak smakują lody zielona herbata? Ano, zieloną herbatą z mlekiem i cukrem. Mleko i cukier możecie sobie wyobrazić bez trudu, teraz zielona herbata. Zielona herbata mi smakuje jak trawnik (parę razy mi się zdarzyło orać buziuchną tereny zielone, parę razy kosiłam hektary "ogrodowe" posiadłości wiejskiej moich rodziców, więc zdarzyło mi się tą trawę zmemlać w dziobie. Nic specjalnego, coś jak niedorobiony szpinak. Zatem konkluzja - jak chcesz koniecznie spróbować lodów o smaku zielonej herbaty, kup bitą smietanę/śnieżkę fix i zmieszaj ją ze szpinakiem oraz cukrem. Zrozumiesz wtedy czemu mam zeza :D

To - jak widać na pierwszy rzut oka - lody sezamowe. Takie... jakby fioletowo-zakurzone, z czarnego sezamu. W kwestii smaku... czy nie zastanawia was ten krakers wetknięty w loda?
Nie? A powinien!
Mnie nie zastanowił. I to był błąd. Gdybym ogarnęła odrobinę wcześniej fakt wsadzenia mi w z założenia słodki deser lodowy suchara posypanego posypką z ziół prowansalskich i suszonej zielonej cebulki, może wsadziłabym ten deser w jakieś krzaki, albo oddała bezdomnym pieskom. Nie zrobiłam tego, i był to mój błąd, wielki błąd. Bo lód był z lekka słodkawy, sezamowy - czyli z mdławym posmakiem i do przełknięcia, ale... ale krakers był serowo-cebulowy.

No właśnie. Moja mina... cóż, nie nadaje się na do publikacji.


środa, 7 maja 2014

O dziwactwach jedzeniowych po tajwańsku - przegląd restauracji i jadłodajni I - Marton/Modern Toilet

Tajwan wciąż mnie zadziwia, codziennie. Niby powinnam przywyknąć - i przywykłam, nie dziwi mnie widok ludzi w maseczkach, opatulonych w słoneczny dzień niczym likwidatorzy w Czarnobylu, nie kwiczę z ekscytacji na widok świątyń, skuterów czy małych skośnookich bobasów lub piesków odzianych w gustowne stroje zharmonizowane z visual code właściciela, ale wciąż jednak robię wielkie oczy.

Na przykład na widok jednej z bardziej trendy restauracji, do której zawlokła mnie Nico, rozdziawiłam z lekka paszczękę. Stanełam przed wielkim czymś o nazwie "Modern Toilet", jak mi wyjaśniła kelnerka - pierwszą na świecie - restauracją o temacie kupy i pupy, oraz pobocznych.

Restauracja bowiem płynie nurtem - toaletowym. Pisałam już o cute kupa-gadżetach, porcelanowych czy pozłacanych gówienkach w roli ozdobników. 
Designerskie fekalia z Japonii zdobyły niszę na rynku, więc można było skorzystać z ich sukcesu...
Wszystko zaczęło się dawno temu w Kaohisung, gdzie pewien ciura bankowy, pan Wang Tzi-Wei miał dość tabelek, wykresów, kredytów, procentów, swiftów, spreadów i opcji walutowych. Walnął zatem o biurko tabelami i resztą, złożył wymówienie i założył lodziarnię, biznes na Tajwanie popularny i całkiem popłatny, z uwagi na klimat. No dobra, w Kaohsiung zimą jest zimno, nawet nie-Tajwańczykom z chłodniejszych rejonów globu, ale za to latem gorąc jest upiorny, więc konsumpcja lodów wzrasta lawinowo i wynagradza zastój zimowy (tak w teorii).
Ale w Kaohsiung lodziarni jest tysiąc sto i jeszcze jedna, więc należało się czymś wyróżnić. A że jak plotka głosi, Azjaci to małe żółte zboczuchy i poprańcy wszelakiego autoramentu, to pan postanowił nie krępować się i nie czaić z mroczną stroną duszy, spełnić swoje wielkie fantazje snute od dzieciństwa i nadać swojemu biznesowi lodzianemu indywidualny rys. A mianowicie - zastawę. No i oddając się z lubością się swojemu fetyszowi koprofagiczno-toaletowemu który trawił go od lat dziecinnych zaczął serwować lody czekoladowe w miseczkach w kształcie kibelka (dla przypomnienia - sekrety chińskiej toalety >>TU<<. I tak jesteśmy w temacie obrzydliwym, więc można). O takim:
Lody, z uwagi na ich purenonsensowy, koprofagiczny, obrzydliwo-humorystyczny kontekst zdobyły rzeszę wyznawców, każdy bowiem chciał spróbować "kupsztala" i strzeliwszy okolicznościową focię wrzucić ją na fejsa (który też jakoś w tym czasie rozpoczął karierę). I tak zaczęła się kariera lodziarni, która zmieniła się w restaurację, a potem opanowała świat...
"Wszyscy" żarli żartobliwie mrożone odchodki i świetnie się bawili, więc asortyment został poszerzony - o obiadki i napitki serwowane na wannach i umywalkach, w porcelanowych klozetach i fajansowych pisuarach. 

Potem dodano jeszcze maskotki, Tshirty, gadżety. 
No właśnie jaką maskotkę flagową może mieć restauracja toaletowa, wobec japońskiej aneksji Unni-chana? Ano, nadziabaną maniurę z glutkiem wyłażącym z nosa i koczkiem w kształcie precelka, sama klasa styl i smak.
Właśnie smak. Tego niestety w tej "restauracji" brakuję. I nie mówię tu o apetycznym sposobie podania, czy gustownym wnętrzu. Mówię o smaku tego, co sjest serwowane - a do tanich nie należy. Smak potraw niestety harmonizuje w wyglądem, zgodnie z chińską zasadą harmonii żywnościowej - czyli, nie ma co ukrywać, jest dość mocno ...gówniany.

 No dobra, bez kwiecistych metafor - jest nijaki, kiepski, woniejący półproduktem i starym tłuszczem, niedoróbą i bardzo złym dniem kucharza. Płacąc 8-10 PLN za napitek - czyli dwukrotną średnią tajwańską - nie oczekuję cudów, w rodzaju że mi biust zliftinguje i wyrzeźbi talię, wyprasuje bieliznę i wydatnie przyczyni się do ciężkiego rozwolnienia teściowej (to rezerwuję dla delikatesików nieco droższych). Oczekuję, że: będzie napitku dużo, będzie on smaczny i na przykład zrobiony choć częściowo ze świeżych owoców a nie koncentratu i kranówy, i nie będę nim pluła dalej niż widzę. Zaś zamawiając hotpota za więcej niż 200 kuajów śmiem wymagać szerokiego wyboru mięska, tofu, warzywek i krewetek oraz rosołku o poprawnej recepturze. 
Jednak wchodząc do tak przemyślnie udekorowanej restauracji - zawieszam oczekiwania na kołku - bo niezwykłość otoczenia jest wliczona w jadłospis. 
Siadam na tronie (abym się tylko za bardzo nie rozlużniła, jak ten pan powyżej...), obczajam umywalki, wanny i dywaniki toaletowe z różnych epok, zezując co mam z wielkim zlewie robiącym za stół, robię sobie słit-focie z elementami kupa-dekoru, zakreślam w obrazkowo-toaletowym menu co zabawniej brzmiące nazwy -modern i przeżuwam owe "dary losu", bo dzieci w Afryce to by się za takie kupy dały pokroić.
Swoją drogą, czy ktoś reflektuje na "supersize" porcję lodów o smaku ... hemoroidowym? Tzn, owocowo - kulkowo-piankowo-rodzynkowo-czekoladowo-truskawkowym, ale o dżwięcznej nazwie "kupa hemoroidalna?
No właśnie. Czy ktoś jeszcze dziwi się temu, że w Kaohsiung, kolebce kupa-lodo-dziwactwa, restauracje z tej sieci ("Marton") sromotnie zamknięto? A czy ktoś uwierzy mi, że Modern Toilet szturmem zdobywa serca, żołądki i fejsbuki Chińczyków, otwiera filie w Hongkongu, Szanghaju i Kuala Lumpur?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...